skserowany aż do zaniku, aż do przezroczystości
GG: 1760477
Tlen: jajksik

RSS
środa, 23 maja 2007
#91
W nocy nigdy nie widać tęczy, a szkoda, a szkoda. Smutna to prawda.

Rodzina jako źródło cierpień, trawestując Freuda. Pod takim hasłem mijają ostatnie dni i nic nie wskazuje na to, że sytuacja ma się poprawić. Familijny aparat opresji obnaża od czasu do czasu swoje kły, jeśli chce się być ze współlokatorami (bo jak inaczej ich nazwać? To, że mieszkamy pod jednym dachem jeszcze nie oznacza, że jesteśmy rodziną) zbyt szczerym i otwartym na dyskusje. Na przykład - przykład:

Ja: Mamo, dlaczego mi ciągle mówisz, że jestem gruby? Wszyscy moi znajomi mi mówią, że nie jestem.
Mama: [śmiech] Synku, bo tylko twoja kochana mama jest z tobą szczera. Oni ci tak tylko mówią, bo się wstydzą powiedzieć ci prawdy.
Ja: Dlaczego nie mieliby być ze mną szczerzy?
Mama: Bo cię nie kochają jak rodzina.
[milczenie, Mama wyciąga pranie z pralki]
Ja: Nawet mój kolega gej powiedział, że jestem chudy.
Mama: [patrząc podejrzliwie] Bo pewnie cię podrywał.
Ja: Przestań, on ma chłopaka w Londynie.
Mama: [wzdycha] No właśnie... Gejostwo się szerzy.
Ja: [wprawiony w lekkie osłupienie] No przestań! Już przed Chrystusem jakiś tam chiński cesarz podarował swojemu ukochanemu całą chińską prowincję...
Mama: Ale ja przecież nie mówię, że to wynalazek naszych czasów. Tylko niech się nie afiszują i nie mówią, że to normalne, skoro nie jest normalne...

I tak dalej, i tak dalej. Albo (uwaga - brutalna szczerość) jestem zbyt akademicko-intelektualny i lewicowy jak na moją rodzinę, albo coś z nimi nie tak. Oczywiście, doktryn rodzinnych ta druga możliwość nie wchodzi w rachubę. Jestem rodzinnym freakiem i tak już pozostanie.

Totalny marazm; ofertę wyjazdu do Birmingham w wakacje przyjąłem z początku z zapałem, później moje oklapłe morale nie pozwoliło mi nawet na porządną rozmowę z rodzicami na ten temat. Chyba najwyższy czas na wyprowadzkę. Najwyższych po temu czasów było już w moim życiu wiele i, jak widać, taplam się wciąż w tym samym domowym bajorku.

Joanna W. powiedziała dziś (oczywiście cytując kogoś, bo "jak mówił Richard Rorty..."), że zaprzestanie zrzucania winy za swoje neurozy na rodziców jest świadectwem dorosłości. Paradoksalnie, piękna, różowiutka pupa, którą dzierga dla mnie pracowicie mama, jest przeszkodą nie do ominięcia, więc - TO ICH WINA.

23:18, paradzwoniec
Link Komentarze (2) »
niedziela, 20 maja 2007
#91
Sylogizm jest prosty: mam uczulenie. Dlatego, że powietrzu jest dużo pyłków. W powietrzu jest dużo pyłków, bo emitują je drzewa, krzewy, kwiaty i reszta tałatajstwa. Dlaczego wyżej wymienione emitują pyłki? Bo w ten sposób się rozmnażają.
Ergo: jestem uczulony na seks.

A teraz czas kończyć pracę na anal(izę dzieła literackiego) i kłaść się spać. Dobranoc państwu.

23:36, paradzwoniec
Link Komentarze (7) »
środa, 09 maja 2007
#90
S K R Z Y D Ł A
(opowieść metafizyczna, acz lapidarna)

Jak wiadomo, chadzam wieczorami na papierosa. Trajektoria spacerów jest zawsze taka sama: prosto jak strzelił, przez nieużytki obok parkingu na Nowe Osiedle, tam kółko, potem obok Biedronki, czekać na zielone, przejść, znów prosto-prościutko deptakiem, nad morze - w tył zwrot - deptakiem prościutko, czekać na zielone, przejść, wzdłuż alei Jana Pawła II, skręcić i do domu. Na Nowe Osiedle wchodzi się - od kiedy ogrodzono je czarnym, połyskliwym płotem - przez wydzielone przejście między blokami. Kilka dni temu uczułem zdziwienie niekłamane, gdy coś zaburzyło decorum spaceru. Coś w rzeczonym przejściu - ptasie skrzydła, konkretniej: gołębie. Wygłodniały, bezdomny kot (a może pies - kto wie?) musiał oddzielić je od reszty niewielkiej a ruchliwej całostki ptasiej i porzucić na chodniku ze względów ekonomicznych. Zmysł praktyczny sprawcy tej minimakabry faktycznie zadziwił mnie, w jeszcze większy podziw wprawił mnie jednak jego zmysł estetyczny. Skrzydła zostały oddzielone od ciała z chirurgiczną precyzją nieomalże, leżały niemrawo rozpostarte, połączone jeszcze mostkiem obrośniętym resztkami chudej gołębiny. Wokół marne pozostałości ptasie, piórka, pazurek czy też cała łapka zróżowiała. Przykro.
Wpatrywałem się w szczątki za każdym razem gdy przechodziłem tą drogą. Na początku rozpostarte głupio i bezsensownie skrzydła leżały oskarżająco oparte o krawężnik, żałobne memento. Z biegiem czasu (i z nastąpieniem nieuchronnego rozkładu resztek ptasich) zmieniały swoje położenie. A to na środku, a to na trawniku, znów krawężnik, znów to-tamto. Raz odwrócone, raz złożone, rozpostarte, pokręcone, jedno w tę, drugie w inną.
Cuchnąć zaczęło po trzech dniach, chociaż zapewne tylko mi się tak wydawało - czy skrzydła (skrzydła!!!) mogą cuchnąć? Asekurancko wstrzymywałem oddech przechodząc, mijając je. Za każdym razem, zamiast wybrać okrężną drogę, musiałem je odwiedzić, obejść, przeprowadzić obdukcję. Dusząc się z bezdechu, obrzydzenia i podniecenia gapiłem się w skrzydła, które nigdy się nigdzie nie wybiorą, nie wzbiją, skazane na pełzanie po ograniczonej geometrycznie przestrzeni. Po pięciu dniach było już tylko jedno skrzydło - i nastąpił zmierzch i upadek skrzydeł, odskrzydlenie, słusznie pisał Jan Paweł II (to ta ulica! niedaleko!) w encyklice swojej, fides i ratio, dwa skrzydła, jedno na nic bez drugiego, na nic, jeśli osobne. A tu - osobne! Zgroza.
Dnia szóstego skrzydła znikły. A siódmego odpocząłem - jak młody Bóg.

23:50, paradzwoniec
Link Komentarze (2) »