skserowany aż do zaniku, aż do przezroczystości
GG: 1760477
Tlen: jajksik

RSS
czwartek, 14 czerwca 2007
#93
Jakżeż ja się uspokoję -
pełne strachu oczy moje,
pełne grozy myśli moje,
pełne trwogi serce moje,
pełne drżenia piersi moje -
jakżeż ja się uspokoję ...

Mój Boże, niedobrze jest wiedzieć zawczasu.
Jeść z myślą, spać z myślą, że wie się zawczasu.
Że się nabiera sztuczności w czekaniu sztucznym, bezsensownym.
Że ręce się lepią znowu dlaczegoś, nie z ciepła czy z nerwów.
Że przychodzi święty czas, na który trzeba się przygotować.

00:32, paradzwoniec
Link Komentarze (2) »
piątek, 08 czerwca 2007
#92
A więc wbiegłem do autobusu linii 148. But mi się w biegu rozwiązał, uniosłem nogę i wetknąłem sznurówkę do środka, bo nie byłoby jak zawiązać wśród tłoczku i trzęsienia. Na nosie moje okulary przeciwsłoneczne, lustrzane, więc aroganckie, w uszach słuchawki, The Smiths pierwsza płyta. Na następnym przystanku do autobusu dobiegła grupka pań w wieku przedśmiertnym. Panie wcześniej robiły zakupy na rynku, teraz miały zamiar dojechać do domu. Pan o twarzy przypominającej stary ziemniak przepchnął się i usiadł tuż za mną (stojącym, bo kulturalniej nie zajmować starszym miejsca) na tylnym siedzeniu. Zanim drzwi się zamknęły, na schodki autobusu wdrapała się zrezygnowana starsza pani z siatką i parasolem służącym za laskę. Pokonała pierwszy stopień, drugi jednak okazał się niepokonywalny. Staruszka rozglądała się wymownie, poszukując pomocy. Sytuacja konstytuowała się wspaniale. Stojący obok mnie młody mężczyzna, na oko faza przejściowa gimnazjum-liceum, nie kwapił się, żeby starszej pani pomóc. Siedzący obok pan i pani w wieku około czterdziestki patrzyli na mnie wymownie. Wyłączyłem muzykę i odwzajemniłem spojrzenie, o czym wiedzieć nie mogli ze względu na nieprzejrzystość moich okularów. Pani starsza powiedziała do gimnazjalisto-licealisty: "Przepraszam, potrzyma mi pan parasolkę?" i próbowała bezskutecznie wdrapać się na schodek. Dojeżdżaliśmy do kolejnego przystanku. Podjąłem decyzję. Starszy mężczyzna stuknął mnie w łopatkę i powiedział głośno obrażonym tonem: "Kurwa, młodzi, nie możecie pomóc?". Autobus zatrzymał się. Pan koło czterdziestki wstał ze swojego siedzenia, starsza pani, wsparta na jego ramieniu wspięła się i usiadła na zwolnionym miejscu z cichnącym "Dziękuję, dziękuję...". Otworzyły się drzwi. Z miną światowca wyskoczyłem na zapiaszczony chodnik, tanecznym krokiem wyminąłem wsiadających do autobusu staruszków i resztę drogi do domu przebyłem na piechotę, paląc niespiesznie papierosa mentolowego marki Cristal. Poczułem zadowolenie z dobrze spełnionego obowiązku. Pod powiekami miałem obraz wpatrzonej we mnie pary w średnim wieku; wyraz ich oczu mówił do mnie: ty gówniarzu, ty ignorancie-arogancie, niewychowany gnoju ty, żeby staruszce? staruszkę? I tak te ich oczy odmieniały słowo staruszka przez wszelkie dostępne ich intelektowi liczby i przypadki.
Jak cudownie jest być nikim. Wsiadam do autobusu i nie jestem już studentem filologii polskiej, który za dwa tygodnie ma egzamin z romantyzmu, we wtorek nie zaliczył kolokwium z diachronu. Cała historia mojego życia nagle staje się nieważna. Istnieję tu i teraz, ja - cham, prostak, niewychowany gówniarz w wieku trudnym do określenia, w dżinsach, koszuli i płóciennej marynarce, który nie kwapi się pomóc starszej pani z nieczynnym biodrem. I jaka szkoda, że wśród zalewu Kmiciców, Panienek z Okienek i innych honorowych i zasłużonych wzorców, ja, antybohater, czarny charakter jednej z wielu autobusowych historii, stały pasażer linii 148, który wsiadł do pojazdu na przystanku Pomorska-Osiedle o 15:30, pozostanę na zawsze anonimowy.
20:46, paradzwoniec
Link Komentarze (4) »
środa, 23 maja 2007
#91
W nocy nigdy nie widać tęczy, a szkoda, a szkoda. Smutna to prawda.

Rodzina jako źródło cierpień, trawestując Freuda. Pod takim hasłem mijają ostatnie dni i nic nie wskazuje na to, że sytuacja ma się poprawić. Familijny aparat opresji obnaża od czasu do czasu swoje kły, jeśli chce się być ze współlokatorami (bo jak inaczej ich nazwać? To, że mieszkamy pod jednym dachem jeszcze nie oznacza, że jesteśmy rodziną) zbyt szczerym i otwartym na dyskusje. Na przykład - przykład:

Ja: Mamo, dlaczego mi ciągle mówisz, że jestem gruby? Wszyscy moi znajomi mi mówią, że nie jestem.
Mama: [śmiech] Synku, bo tylko twoja kochana mama jest z tobą szczera. Oni ci tak tylko mówią, bo się wstydzą powiedzieć ci prawdy.
Ja: Dlaczego nie mieliby być ze mną szczerzy?
Mama: Bo cię nie kochają jak rodzina.
[milczenie, Mama wyciąga pranie z pralki]
Ja: Nawet mój kolega gej powiedział, że jestem chudy.
Mama: [patrząc podejrzliwie] Bo pewnie cię podrywał.
Ja: Przestań, on ma chłopaka w Londynie.
Mama: [wzdycha] No właśnie... Gejostwo się szerzy.
Ja: [wprawiony w lekkie osłupienie] No przestań! Już przed Chrystusem jakiś tam chiński cesarz podarował swojemu ukochanemu całą chińską prowincję...
Mama: Ale ja przecież nie mówię, że to wynalazek naszych czasów. Tylko niech się nie afiszują i nie mówią, że to normalne, skoro nie jest normalne...

I tak dalej, i tak dalej. Albo (uwaga - brutalna szczerość) jestem zbyt akademicko-intelektualny i lewicowy jak na moją rodzinę, albo coś z nimi nie tak. Oczywiście, doktryn rodzinnych ta druga możliwość nie wchodzi w rachubę. Jestem rodzinnym freakiem i tak już pozostanie.

Totalny marazm; ofertę wyjazdu do Birmingham w wakacje przyjąłem z początku z zapałem, później moje oklapłe morale nie pozwoliło mi nawet na porządną rozmowę z rodzicami na ten temat. Chyba najwyższy czas na wyprowadzkę. Najwyższych po temu czasów było już w moim życiu wiele i, jak widać, taplam się wciąż w tym samym domowym bajorku.

Joanna W. powiedziała dziś (oczywiście cytując kogoś, bo "jak mówił Richard Rorty..."), że zaprzestanie zrzucania winy za swoje neurozy na rodziców jest świadectwem dorosłości. Paradoksalnie, piękna, różowiutka pupa, którą dzierga dla mnie pracowicie mama, jest przeszkodą nie do ominięcia, więc - TO ICH WINA.

23:18, paradzwoniec
Link Komentarze (2) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 33