skserowany aż do zaniku, aż do przezroczystości
GG: 1760477
Tlen: jajksik

RSS
niedziela, 20 maja 2007
#91
Sylogizm jest prosty: mam uczulenie. Dlatego, że powietrzu jest dużo pyłków. W powietrzu jest dużo pyłków, bo emitują je drzewa, krzewy, kwiaty i reszta tałatajstwa. Dlaczego wyżej wymienione emitują pyłki? Bo w ten sposób się rozmnażają.
Ergo: jestem uczulony na seks.

A teraz czas kończyć pracę na anal(izę dzieła literackiego) i kłaść się spać. Dobranoc państwu.

23:36, paradzwoniec
Link Komentarze (7) »
środa, 09 maja 2007
#90
S K R Z Y D Ł A
(opowieść metafizyczna, acz lapidarna)

Jak wiadomo, chadzam wieczorami na papierosa. Trajektoria spacerów jest zawsze taka sama: prosto jak strzelił, przez nieużytki obok parkingu na Nowe Osiedle, tam kółko, potem obok Biedronki, czekać na zielone, przejść, znów prosto-prościutko deptakiem, nad morze - w tył zwrot - deptakiem prościutko, czekać na zielone, przejść, wzdłuż alei Jana Pawła II, skręcić i do domu. Na Nowe Osiedle wchodzi się - od kiedy ogrodzono je czarnym, połyskliwym płotem - przez wydzielone przejście między blokami. Kilka dni temu uczułem zdziwienie niekłamane, gdy coś zaburzyło decorum spaceru. Coś w rzeczonym przejściu - ptasie skrzydła, konkretniej: gołębie. Wygłodniały, bezdomny kot (a może pies - kto wie?) musiał oddzielić je od reszty niewielkiej a ruchliwej całostki ptasiej i porzucić na chodniku ze względów ekonomicznych. Zmysł praktyczny sprawcy tej minimakabry faktycznie zadziwił mnie, w jeszcze większy podziw wprawił mnie jednak jego zmysł estetyczny. Skrzydła zostały oddzielone od ciała z chirurgiczną precyzją nieomalże, leżały niemrawo rozpostarte, połączone jeszcze mostkiem obrośniętym resztkami chudej gołębiny. Wokół marne pozostałości ptasie, piórka, pazurek czy też cała łapka zróżowiała. Przykro.
Wpatrywałem się w szczątki za każdym razem gdy przechodziłem tą drogą. Na początku rozpostarte głupio i bezsensownie skrzydła leżały oskarżająco oparte o krawężnik, żałobne memento. Z biegiem czasu (i z nastąpieniem nieuchronnego rozkładu resztek ptasich) zmieniały swoje położenie. A to na środku, a to na trawniku, znów krawężnik, znów to-tamto. Raz odwrócone, raz złożone, rozpostarte, pokręcone, jedno w tę, drugie w inną.
Cuchnąć zaczęło po trzech dniach, chociaż zapewne tylko mi się tak wydawało - czy skrzydła (skrzydła!!!) mogą cuchnąć? Asekurancko wstrzymywałem oddech przechodząc, mijając je. Za każdym razem, zamiast wybrać okrężną drogę, musiałem je odwiedzić, obejść, przeprowadzić obdukcję. Dusząc się z bezdechu, obrzydzenia i podniecenia gapiłem się w skrzydła, które nigdy się nigdzie nie wybiorą, nie wzbiją, skazane na pełzanie po ograniczonej geometrycznie przestrzeni. Po pięciu dniach było już tylko jedno skrzydło - i nastąpił zmierzch i upadek skrzydeł, odskrzydlenie, słusznie pisał Jan Paweł II (to ta ulica! niedaleko!) w encyklice swojej, fides i ratio, dwa skrzydła, jedno na nic bez drugiego, na nic, jeśli osobne. A tu - osobne! Zgroza.
Dnia szóstego skrzydła znikły. A siódmego odpocząłem - jak młody Bóg.

23:50, paradzwoniec
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 09 kwietnia 2007
#89
Znowu śnił mi się ten sam sen. Ten sen, który ciągle jakoś nadbudowuje się akcją (aktualne wątki, nie wnoszące niczego do normalnej interpretacji, a tworzące tylko warianty). Niejasne? Nie chce mi się opowiadać. Kolejny dowód, że bloga nie pisze się dla siebie.
22:38, paradzwoniec
Link Komentarze (3) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 33