skserowany aż do zaniku, aż do przezroczystości
GG: 1760477
Tlen: jajksik

RSS
wtorek, 13 marca 2007
#88
Dziękuję Bogu za to, że nie wyglądam na kogoś, kogo można obrobić, ale na kogoś, komu można opowiedzieć całe życie. I zdarza mi się to dość często.
Dziś na przykład, jakieś pół godziny temu. Siedziałem na ławce przy deptaku. Zaczepił mnie jegomość w stroju sportowym i zapytał, gdzie tu jest to długie molo. Kiedy wskazałem w stronę zaspiańskiego (brzeźnieńskiego) mola, pokręcił głową. To jest tak samo długie jak w Chmielnie - powiedział, i w samej rzeczy, zapachniało chmielem. - Kumpel powiedział, że gdzieś tu jest takie dwukilometrowe. Grzecznie wstałem z ławeczki, wyłączyłem empetrójkę i wyjaśniłem, że chodziło zapewne o molo sopockie. Wówczas, z małymi przerwami, pan opowiedział mi, że mieszka w pobliskim hotelu, jest robotnikiem pracującym przy remoncie linii tramwajowej i że w marcu kończy tu pracę, żeby przenieść się do Warszawy. - Tam to dopiero będzie się gdzie zgubić, już tutaj jestem skołowany i hałas, inaczej niż w Koszalinie - po czym opowiedział o swojej wiosce pod Koszalinem, gdzie mieszka pod lasem, a cisza tam jest taka jak na samym koniuszku naszego mola. Zapytał, czy gdzieś tu nie można... czy nie wiem... - domyśliłem się oczywiście, że chodziło o marihuanę. Nie wiedziałem gdzie tu można. Wiedziałem za to, gdzie jest najbliższy pub albo jakaś dyskoteka.
Staliśmy, obok nas przechodzili ludzie. Staliśmy w odległości wystarczającej, żeby rozmawiać i jednocześnie być na dystans - pełen komfort. Paliliśmy papierosy. Wtedy on zapytał, czy jestem tutejszy, gdzie się uczę (technikum? liceum? a, studia... a co? uuu, dużo czytania pewnie... a jak ci idzie? no to spoko). Powiedział też, że nie ma do kogo gęby otworzyć tutaj, w obcym mieście, gdzie ulice są długie, a sklepy nocne blisko. I że jest zdziwiony, bo kolega ostrzegał go, że lepiej tu po zmroku nie wychodzić, bo chodzą z nożami. Uspokoiłem go, że nie, nie jest tak źle, ja chodzę i jeszcze nic mi się nie stało. Milczeliśmy, spojrzał na zegarek i westchnął, że już pójdzie. Uścisnęliśmy sobie dłonie, życzyliśmy powodzenia i odszedł. A ja, jak zwykle, stałem i śmiałem się do siebie, zapaliłem papierosa (czwartego, nie powinienem, zwykle są tylko trzy). Yoko Ono po chwili zaśpiewała, że czwartego lipca na Manhattanie życie jest słodkie i piękne, że latają helikoptery i wiatr rozwiewa po ulicach papierzyska.
Dobrze czasem się przekonać, że nie jest się tak zmęczonym Tym Wszystkim. Proste przyjemności są zdecydowanie najprzyjemniejsze.
23:20, paradzwoniec
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 05 marca 2007
#87
Jakże interesujące są polskie czasopisma! Nic, tylko udać się do EMPIK-u i czytać. Na przykład pewne pisemko dla kibiców, formatu mniejszego niż A5. Kolorowe, dużo zdjęć, tekst pisany czcionką 9-punktową... W sam raz, żeby schować na lekcji w podręcznik albo zeszyt i czytać, czytać - a właściwie oglądać. Każda strona posiada tło w postaci zielono-czerwono-niebiesko-bógwiejakiejjeszcze tęczy, na którym to tle umieszczone zostały zdjęcia. No tak, pisemko dla kibiców piłkarskich na zdrowy rozum winno zawierać jakieś wiadomości dotyczące piłki nożnej, ale - i tu zaskoczenie - nie zawiera (a może po prostu nie zauważyłem, moje krótkowzroczne oczy i kolorowe tło zrobiły swoje?). Co zatem mieści w sobie wspomniane pisemko - zdjęcia trybun stadionowych. Zdjęcia napakowanych pseudowielbicieli futbolu z puszkami piwa w dłoniach i czarno-białymi szalikami na spasionych szyjach. Ale nie to jest najdziwniejsze - najdziwniejszy jest fakt, że na 90% zdjęć twarze ich bohaterów zostały... komputerowo zamazane. Choć, przeglądając periodyk można odnieść wrażenie, że polscy kibice po prostu tak wyglądają...
Dziś natomiast, wracając z uniwersytetu nową drogą, która jeszcze nie zdążyła mi się znudzić, dostrzegłem w oknie wystawowym jednego z dużych sklepów czasopismo pt. "Owady". Czasopismo było najwyraźniej o tematyce entomologiczno-kolekcjonerskiej, bo do tego numeru dodawano nadzianego na szpilę olbrzymiego chrząszcza w plastikowym pudełeczku...
23:15, paradzwoniec
Link Komentarze (2) »
niedziela, 25 lutego 2007
#86
Lubię chodzić nad morze teraz. Teraz, czyli o tej porze roku oczywiście. I o tej porze dnia (wieczora czy już nocy?). Pusto jest wtedy i cicho, jest biały szum dookoła, ani to morze, ani drzewa, po prostu - skądś jest i brzmi. Przyjemnie tak zobaczyć morze. Do kontaktu z nim trzeba się przygotować i mieć dużo cierpliwości i wyciszenia w sobie. Dlatego morze latem jest bez sensu. Powinni je przykrywać plastikową płachtą albo zasypywać. Stada ludzkich, spoconych fok smażące się na piachu - czy to nie profanacja? Morze jest na to zbyt uduchowione, żeby do niego - za przeproszeniem - szczali turyści. Zimą jest lepiej. Młode, szare jeszcze łabędzie człapią sobie po zamarzniętym piachu i dopraszają się o okruchy chleba. Podobno nie powinno się zimą karmić łabędzi, bo mogą zatracić naturalny instynkt.

A nowa powieść Huellego jest bardzo dobra, najlepsza z jego dotychczasowych. Nawet ten postmodernizm już mnie nie razi. Grunt to pokora i poszukiwanie. Trzeba mieć dużo cierpliwości i wyciszenia, żeby móc dojść do jakichś wniosków. Czego i Państwu życzę.

23:46, paradzwoniec
Link
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 33