skserowany aż do zaniku, aż do przezroczystości
GG: 1760477
Tlen: jajksik

RSS
czwartek, 25 stycznia 2007
#85
Niusy, niusy, niusy...

Amerykanie wpadli na pomysł, że posiadacze blogów odwiedzanych przez więcej niż pięciuset czytelników muszą rejestrować swoje dzienniki w ichnim senacie jako opiniotwórcze media. Ustawa najprawdopodobniej upadnie, ale to interesujące, że rząd amerykański widzi w czymś tak błahym jak internetowy dziennik źródło przekazywania ważnych (no bo, jak by nie było, zajęły się tym władze państwa) treści. Ciekawe, czy w Polszcze ktoś o tym pomyślał. Choć, zważywszy, że dominują u nas FaJnIuSiE BlOgAsSkI - nie sądzę, ale mogę się mylić. Byłoby mi nawet całkiem przyjemnie z tego powodu.

No i Kapuściński. Wielcy odchodzą. Jak powszechnie wiadomo, śmierć jest dla autora najlepszą reklamą, więc i ja sięgnąłem po "Cesarza" raz jeszcze. Właściwie, to nie był to kolejny raz, ale pierwszy, bo poprzednio zarzuciłem lekturę własciwie na początku. Dziś, po przeczytaniu kilku pierwszych stron uświadomiłem sobie, że pamiętam to, co czytam, że wryło mi się jakośtam w pamięć - mówię o fragmencie, w którym Kapuściński pisze o poranku w pałacu Hajle Sellasje. Czytając po raz pierwszy pomyślałem sobie, że to nudy - miałem wtedy może z 15 lat, ale widocznie siedziało to gdzieś we mnie, mimo niechętnej reakcji. Może to świadczy o wielkości Kapuścińskiego-reportera - że pozostał w mojej głowie pomimo początkowego braku zainteresowania.
Do Schulza dojrzewałem 4 lata. Do literatury faktu też trzeba dojrzeć, trzeba po nią sięgnąć czując potrzebę, głód. Po przeczytaniu całej Hanny Krall, całego Tochmana przyszła - nieco poniewczasie - kolej na Kapuścińskiego. Czytam więc.

23:35, paradzwoniec
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 22 stycznia 2007
#84
Właśnie mnie naszła taka refleksja, że moje życie jest nudne. Odkrywcze to to nie jest, ale niestety - jak wszystkie nieodkrywcze refleksje - prawdziwe.
Jedynym przerywnikiem w nudzie była śmierć Myszy. Mysz, zwierzątko niewielkie, dostało raka dupy. Cierpiała bardzo, więc w odruchu humanitaryzmu chciałem dać jej trutkę na szczury, którą podebrałem z piwnicy, ale jakoś nie mogłem się na to zdobyć. Następnego dnia zawiozłem ją z ojcem do kliniki weterynaryjnej, czując się jak kretyn (do weterynarza z myszą...), ale jednocześnie usprawiedliwiając się, że jakoś trzeba to załatwić. Katem Myszy była ciocia mojej Serdecznej Przyjaciółki. Opowiedziałem cioci, że chciałem dać Myszy trutkę, ale okazało się, że tego nie zrobiłem, bo trutka powoduje powolną i bolesną śmierć (jak papierosy). Ciocia nabrała do strzykaweczki odrobinę jakiegoś usypiacza, po czym, trzymając Mysz za kark wstrzyknęła jej całą końską (mysią?) dawkę specyfiku. Mysz popuściła, wzdrygnęła się, wytrzeszczyła oczy i odleciała do Krainy Wiecznych Łowów. Ciocia zapytała, czy chcę ją pochować, ale zrezygnowałem.
Jedna mała mysz i jedna mała eschatologia.
00:02, paradzwoniec
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 08 stycznia 2007
#83
Twierdzenie, że zaczął się nowy rok (świadomie piszę małą literą) jest cokolwiek przesadzone. Ani się nic nowego nie zdarzyło, ani nic. Żaden przełom, chociaż zależy jak na to patrzeć. Zważywszy, że od pewnego czasu mam - dosłownie wręcz - przesrane, ze względu na nawrót zapalenia błony śluzowej żołądka, może coś się jednak zmienia. Nie zdążyłem jednak nawet sformułować żadnych konkretnych postanowień - bo i po co, co to niby za okazja, ten nowy rok? Tylko okazja do kupienia nowego kalendarza, nic poza tym.

No dobrze, trochę przesadzam. Zmieniło się, ale nic to wspólnego z cudownym nadejściem roku pańskiego 2007 nie ma. Nauczyłem się, że nie jestem tak uwiązany jak sądziłem i jest to wieść zaiste ożywcza, choć z początku zdawała się nieco przygnębiająca. Drodzy państwo, i mili, nie ma tego złego... Do siego.

00:07, paradzwoniec
Link Komentarze (2) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 33